7 Złotych Globów, 14 nominacji do Oscara i jeszcze wiele innych nagród oraz nominacji, których wymieniać mi się nie chce i jak coś sprawdźcie to sobie na filmweb.pl . Czytając recenzje, czy chociaż spojrzeć na to ile różnych Akademii docenia ten film nie sposób na niego pójść. Mi się w końcu udało.
Powiem szczerze, że po zwiastunie nie byłam jakoś zachwycona. Ot, musical z piękną Emmą Stone oraz przystojnym Ryanem Goslingiem. Muzyka, to jeszcze przyciągnęło moją uwagę. A później te nagrody i nominacje, a ja nadal nie rozumiałam o co taki szum. Co jest takiego w tym filmie, że każdy się nad nim rozpływa, wychwala i uważa za ideał lub jemu bliski. Aby to sprawdzić udałam się do kina, rzecz jasna. A co było w nim?
Przede wszystkim co mi się rzuciło w oczy, to tłum na seansie. Nie spodziewałam się tylu ludzi w tej sali kinowej. Byłam zaskoczona i zadowolona, że udało mi się zająć miejsce w dobrym, dziewiątym rzędzie z czternastu dostępnych, a byłam na seansie o godzinie 18:20, w środku tygodnia, bo dzisiaj, czyli w środę. Jedyne dla mnie wytłumaczenie tego zjawiska to to, że łódzkie ma ferie. No i po moi lekkim szoku i rozlokowaniu się na danym miejscu, rozpoczął się film.
Pierwsza scena i od razu scena podobna do otwarcia Złotych Globów. Jak zapewne wiecie (lub i nie), była to scenka zainspirowana właśnie opiniowanym przeze mnie "La La Landem". Zabieg udany z dwóch stron. Reszty nie zdradzę, nie chcę psuć Wam zabawy.
Stone to Mia, Gosling to Sebastian, Los Angeles to miasto gwiazd, a film jest umiejscowiony w naszym współczesnym świecie, tylko z trochę inną odzieżą. To dało swój klimat. Nie bez powodu parę Stone&Gosling uznaje się za jedną z lepszych w Hollywood. Oni mają coś w sobie, dzięki czemu ich relacje na ekranie są prawdziwe. Dzięki temu, filmy z ich udziałem ogląda się z niewymuszoną przyjemnością.
Nie wiem,czy role jakie odegrali główni aktorzy jakoś mnie szczególnie uwiodły. Nie przeczę, tańczą i śpiewają naprawdę (chociaż do eksperta do mi zdecydowanie daleko) fantastycznie i fakt, że Gosling sam grał na fortepianie, to zachwyca. Jednak tego czegoś znaleźć no za chiny ludowe nie mogłam. Bardzo lubię obojga aktorów, no ale... Więc czy jest coś, co mnie uwiodło na miano Oscara?
Muzyka. Tak proszę państwa. To co jest podstawą musicali- muzyka. Coś pięknego. Świetnie przedstawiona, Emma i Ryan naprawdę cudnie wykonywali piosenki, Gosling grał na fortepianie, a jazz dawał piękne tło całej opowieści. To naprawdę cenny gatunek w muzyce. Sądzę, że nie jedna osoba odkryje jego urok.
Co jeszcze? O strojach nie będę pisała, ponieważ się na nich kompletnie nie znam. Moda to nie moja działka. Muszę się Wam przyznać, że nie sądziłam, po obejrzeniu zwiastuna, że film będzie w naszych czasach. Naprawdę uważałam, że będzie to musical obsadzony w latach np. 50. To była ciekawe zmylenie, ale i całkiem fajnie to wyszło w ostatecznej wersji. To zapewne nie było łatwe.
Czy udało się spełnić bohaterom swoje marzenia? Sądzę iż tak. Ale czy wszystko ułożyło się tak, jak chciałby tego widz? Na to pytanie musi odpowiedzieć sobie każdy sam. Według mnie, nie. Byłam zawiedziona. Czemu? Idźcie do kina, może wtedy się dowiecie.
No więc, czy w końcu zrozumiałam fenomen tego filmu? Sądzę, iż w pewnym sensie. To jest naprawdę dobry film, naprawdę fajnie opowiedziana historia z pomysłem. Jest w nim przesłanie, które jest piękne. Trzeba walczyć o swoje marzenia. Jeśli czegoś chcemy i umiemy to robić, to walczmy. Inaczej nic nie osiągniemy i będziemy niespełnieni. A to jest najgorsze. Muzyka wprawia w zachwyt, kostiumy przenoszą w inny świat, który tak właściwie nas otacza, a aktorzy zabierają nas w jedyną taką podróż, od zera do celu. Czy udało im się go osiągnąć?
Na film oczywiście polecam pójść, życzę mu dużo Oscarów, szczególnie w kategoriach związanych z muzyką. A wy marzcie, bo a nóż Wam się uda i będzie w takim swoim Hollywood, mieście marzeń i snów. Życzę Wam tego moi drodzy i sobie też.


