piątek, 17 lutego 2017

Bolące serce- "Zieleń Szmaragdu"


Tytuł tego wpisu mówi wszystko za siebie. Nigdy nie byłam tak zawiedziona filmem, na który tak długo czekałam. Trwało to przez ponad 2 lata. Tyle czekania na takie rozczarowanie. Powiem Wam, że to boli, że to strasznie boli. A tak uwielbiam tę trylogię...

Ale od początku. Moją przygodę z Trylogią Czasu zaczęłam 4 lata temu. Od tego czasu co roku idę do biblioteki i na nowo wypożyczam wszystkie 3 książki i czytam je przez niecały tydzień, albo i 3 dni, jak mam czas. Tak, właśnie tyle potrzeba, tym bardziej jak wraca się do tej samej opowieści czwarty, czy piąty raz. Za każdym razem mnie zachwyca, wzrusza i podnieca jak za pierwszym razem, a takich książek w moim życiu jest doprawdy niewiele. 

Jasne było więc, że jak dowiedziałam się o ekranizacji mojej kochanej Trylogii, aż skakałam z radości. To było niezwykłe! Szybki przegląd google i mam. Zaczynam nową przygodę, sprawdzam czy moja wyobraźnia choć trochę zgadza się z tym co ujrzę. Obejrzałam. Szybki przegląd za niedługi czas i mam "Błękit Szafiru". Obejrzałam. Szybki przegląd i informacja, że "Zieleń Szmaragdu" jest w trakcie produkcji. No nic, tylko skakać ze szczęścia! Co pewien czas razem z moją koleżanką sprawdzałyśmy, czy jest już dostępny w internecie. W końcu nadszedł ten czas dzisiaj po południu. Znalazłam ten film. Całkiem przypadkiem, nie zamierzenie, ale jaka ja byłam podniecona. Nareszcie zobaczę jak to zakończą.

No i zobaczyłam. Tylko zasadnicze pytanie jest, co ja tak właściwie obejrzałam. Miałam nadzieję, na ciekawie przygotowaną produkcję, która zaskoczy mnie i da obraz tego, czego nie mogłam sobie do końca przedstawić w swojej głowie. Jednak jak już przebrnęłam przez cały film nie wiedziałam co właściwie skończyłam. To nie była adaptacja książki, tylko jej nowe zakończenie kompletnie niezgodne z tym, co było w oryginale. Przepraszam, było "żyli długo i szczęśliwie", niech im będzie, jednak ostatnia część tej trylogii, nie była ostatnią częścią trylogii. Twórcy chyba usiedli sobie przy stole, było im wygodnie, super, fajnie i zaczęli wymyślać. "No dobra, imion nie zmienimy, okej, niech zostaną główni bohaterowie, ale wiecie co? Tak właściwie to ostatnia część mi się nie podobała, więc teraz co my tutaj wymyśliliśmy."

Nie mówię, że mi się kompletnie nie podobało, bo bym skłamała. Nie było to nudne, ani leiste, ale ja, zakochana w książkach nie mogłam tego przełknąć. Tam tak właściwie nic nie było z tej książki. Nic. To mnie tak właściwie zabolało najbardziej. Tylko jakieś tam tematycznie aby było, no bo po co więcej. Jestem zawiedziona...

Nie napiszę, że nie polecam. Jednak jeśli ktoś przeczytał wcześniej całą Trylogię Czasu, to wie o czym mówię i mnie zrozumie. Serce mi pęka, że twórcy nie docenili tego, co napisała Kerstin Gier. To była najlepsza część ze wszystkich. No ale jak widać, chyba tylko dla mnie...

środa, 25 stycznia 2017

Co ten film ma w sobie, że wszyscy go kochają? - "La La Land"

 

7 Złotych Globów, 14 nominacji do Oscara i jeszcze wiele innych nagród oraz nominacji, których wymieniać mi się nie chce i jak coś sprawdźcie to sobie na filmweb.pl . Czytając recenzje, czy chociaż spojrzeć na to ile różnych Akademii docenia ten film nie sposób na niego pójść. Mi się w końcu udało. 

Powiem szczerze, że po zwiastunie nie byłam jakoś zachwycona. Ot, musical z piękną Emmą Stone oraz przystojnym Ryanem Goslingiem. Muzyka, to jeszcze przyciągnęło moją uwagę. A później te nagrody i nominacje, a ja nadal nie rozumiałam o co taki szum. Co jest takiego w tym filmie, że każdy się nad nim rozpływa, wychwala i uważa za ideał lub jemu bliski. Aby to sprawdzić udałam się do kina, rzecz jasna. A co było w nim?

Przede wszystkim co mi się rzuciło w oczy, to tłum na seansie. Nie spodziewałam się tylu ludzi w tej sali kinowej. Byłam zaskoczona i zadowolona, że udało mi się zająć miejsce w dobrym, dziewiątym rzędzie z czternastu dostępnych, a byłam na seansie o godzinie 18:20, w środku tygodnia, bo dzisiaj, czyli w środę. Jedyne dla mnie wytłumaczenie tego zjawiska to to, że łódzkie ma ferie. No i po moi lekkim szoku i rozlokowaniu się na danym miejscu, rozpoczął się film.

Pierwsza scena i od razu scena podobna do otwarcia Złotych Globów. Jak zapewne wiecie (lub i nie), była to scenka zainspirowana właśnie opiniowanym przeze mnie "La La Landem". Zabieg udany z dwóch stron. Reszty nie zdradzę, nie chcę psuć Wam zabawy. 



Stone to Mia, Gosling to Sebastian, Los Angeles to miasto gwiazd, a film jest umiejscowiony w naszym współczesnym świecie, tylko z trochę inną odzieżą. To dało swój klimat. Nie bez powodu parę Stone&Gosling uznaje się za jedną z lepszych w Hollywood. Oni mają coś w sobie, dzięki czemu ich relacje na ekranie są prawdziwe. Dzięki temu, filmy z ich udziałem ogląda się z niewymuszoną przyjemnością. 

Nie wiem,czy role jakie odegrali główni aktorzy jakoś mnie szczególnie uwiodły. Nie przeczę, tańczą i śpiewają naprawdę (chociaż do eksperta do mi zdecydowanie daleko) fantastycznie i fakt, że Gosling sam grał na fortepianie, to zachwyca. Jednak tego czegoś znaleźć no za chiny ludowe nie mogłam. Bardzo lubię obojga aktorów, no ale... Więc czy jest coś, co mnie uwiodło na miano Oscara?


Muzyka. Tak proszę państwa. To co jest podstawą musicali- muzyka. Coś pięknego. Świetnie przedstawiona, Emma i Ryan naprawdę cudnie wykonywali piosenki, Gosling grał na fortepianie, a jazz dawał piękne tło całej opowieści. To naprawdę cenny gatunek w muzyce. Sądzę, że nie jedna osoba odkryje jego urok. 

Co jeszcze? O strojach nie będę pisała, ponieważ się na nich kompletnie nie znam. Moda to nie moja działka. Muszę się Wam przyznać, że nie sądziłam, po obejrzeniu zwiastuna, że film będzie w naszych czasach. Naprawdę uważałam, że będzie to musical obsadzony w latach np. 50. To była ciekawe zmylenie, ale i całkiem fajnie to wyszło w ostatecznej wersji. To zapewne nie było łatwe.

Czy udało się spełnić bohaterom swoje marzenia? Sądzę iż tak. Ale czy wszystko ułożyło się tak, jak chciałby tego widz? Na to pytanie musi odpowiedzieć sobie każdy sam. Według mnie, nie. Byłam zawiedziona. Czemu? Idźcie do kina, może wtedy się dowiecie. 

No więc, czy w końcu zrozumiałam fenomen tego filmu? Sądzę, iż w pewnym sensie. To jest naprawdę dobry film, naprawdę fajnie opowiedziana historia z pomysłem. Jest w nim przesłanie, które jest piękne. Trzeba walczyć o swoje marzenia. Jeśli czegoś chcemy i umiemy to robić, to walczmy. Inaczej nic nie osiągniemy i będziemy niespełnieni. A to jest najgorsze. Muzyka wprawia w zachwyt, kostiumy przenoszą w inny świat, który tak właściwie nas otacza, a aktorzy zabierają nas w jedyną taką podróż, od zera do celu. Czy udało im się go osiągnąć? 

Na film oczywiście polecam pójść, życzę mu dużo Oscarów, szczególnie w kategoriach związanych z muzyką. A wy marzcie, bo a nóż Wam się uda i będzie w takim swoim Hollywood, mieście marzeń i snów. Życzę Wam tego moi drodzy i sobie też. 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Coś się zaczyna...

A zaczyna się rzecz niesłychana! Nie no żartuję, aż tak to nie. Chociaż dla mnie to już inna sprawa ;) No cóż, jestem osobą, która interesuje się tym co w trawie piszczy jak chodzi o książki, telewizję, czy kino ale to wcale nie znaczy, że o ciekawych filmikach na YT nie napiszę, czy piosence, która akurat wpadła mi na dłuższą chwilę w ucho. A w ogóle będę pisała, ponieważ mam taką wewnętrzną potrzebę. Nie jestem specjalistką, nie studiuję na żadnych takich tematycznych studiach (a czy będę to się okaże już niebawem), więc to co tutaj będzie umieszczane to tylko i wyłącznie moje osobiste przemyślenia i opinie. Dlatego proszę o zrozumienie. Krytyka jest wskazana, ale uzasadniona. Innej niestety nie toleruję, bo przemocy i nienawiści na świecie jest już wystarczająco.
Więc pozdrawiam i zapraszam!